×
Antonina Miczaelis
U nas w Amareto (fragment)
str 46
Jaskinia znajdowała się na plaży. A właściwie poza plażą.
Należało najpierw przedostać się przez dziurę w ogrodzeniu, potem przeczołgać przez geste
zarośla, by na końcu tego drapiącego zielonego tunelu znaleźć się w kolistym miejscu
pozbawionym zieleni. Ubiegłego lata Aik, Luisa i Lukas solidnie pracowali, aby powyrywać
stąd wszystkie zielska i krzaki.
Jaskinia przedstawiała się imponująco. [...] Na środku jaskini dzieci najczęściej paliły
ognisko, co właściwie było zabronione. Mogły też leżeć na wznak i patrzeć w zielone
listowie, i...
- Jest piekielnie zimno, za zimno, żeby kłaść się na ziemi. Trzeba rozpalić ogień -
stwierdziła Luisa.
Lukas przytaknął i posłusznie zaczął zbierać drewno. W jednej z kieszeni spodni Luisy -
obok czterech śrub, zagiętego gwoździa, rowerowego zaworka oraz trzech i pół cukierka
pomarańczowego - znalazła się także zapalniczka.
- Co się właściwie stało? - spytał Lukas.
- Już ci mówiłam. Opowiem o wszystkim, kiedy przyjdzie Aik. Tylko że nie wiadomo, gdzie
on jest.
- Ja jestem tutaj - doleciało z zielonego tunelu.
Tym kimś, kto po chwili wczołgał się do jaskini, nie był jednak Aik, lecz trzyletnia
dziewczynka z bardzo umorusanymi rączkami. Aik pojawił się w ślad za nią.
- Wybaczcie, ale musiałem ją wziąć ze sobą - powiedział. - Mama pojechała do miasta, a
zostawić jej samej w domu nie mogłem. Luisa jęknęła.
- Posłuchaj, Lenka - zwróciła się do dziewczynki surowym tonem.
- Siądź sobie tutaj i zajmij się czymkolwiek, byle było cicho. Tylko nie zbliżaj się do
ognia. I biada ci, jeśli komukolwiek powiesz o tym spotkaniu. To tajemnica, rozumiesz?
str 47
- Dlaczego? - spytała Lenka i podeszia bardzo blisko do ognia. - Ale parzy! Aik odciągnął
ją od płomieni.
- No właśnie, dlaczego? - powtórzył pytanie. - Co jest aż tak pilne, żeby zwoływać
bezwarunkowo konieczne tajne zebranie?
Aik miał już dziesięć lat. Luisa, która liczyła ich dopiero osiem, uważała, że czasem
dawał jej to odczuć. Na przykład kiedy mówił coś w taki wyszukany sposób.
- Dlatego, że od tej chwili - oznajmiła uroczyście - wszystko musi być tajne. Wszystko,
co robimy. W Ammerlo pojawił się intruz. Prawdziwy intruz. I przed nim musimy nasze
spotkania trzymać w tajemnicy.
- Jak to? - spytał Aik.
- Po co? - zdziwił się Lukas.
Lenka kopała w ziemi na siedząco.
- To jest dziewczyna w moim wieku - wyjaśniła Luisa. - Ona ma galareto-watego, grubego,
białego królika, a sama jest zbyt wytworna, żeby wdrapywać się na drzewa. I odtąd będzie
mieszkać w Ammerlo.
- Och, czy to coś złego? - spytał Lukas.
Głupek! Oczywiście, że to jest złe! To jest ka-tas-tro-fal-ne! Ona jest kompletnie
stuknięta! - krzyknęła Luisa. - Zobaczycie, będzie zdradzać wszystkie nasze sekrety,
opowiadać dorosłym o naszych planach i...
W tym momencie z zielonego tunelu wyłonił się piąty uczestnik tego tajnego spotkania.
Wepchnął się do jaskini, otrząsnął energicznie, a potem liznął but Luisy.
- Pan Mechaty? - zdumiała się Luisa. - Skąd się tu wziąłeś?
Pan Mechaty należał do Luisy i jej rodziny. Był to tak bardzo stary pies, że nie mógł już
biegać, a kiedy czasem próbował, nie wyglądało to dobrze. Lubił jednak wylegiwać się w
słońcu, chętnie zjadał resztki wędzonych ryb i po prostu cieszył się życiem.
Luisa uklękła przy nim i poczochrała wyleniałe psie futerko. Aik odchrząknął.
- Wydaje mi się... - szepnął - wydaje mi się, że pan Mechaty przyprowadził kogoś.
Luisa spojrzała znad grzbietu pana Mechatego i oniemiała. U wejścia do jaskini
przykucnęła na czworakach dziewczynka w różowej kurtce.
Po chwili podniosła się, otrzepała ziemię ze swych połyskujących naszyciami spodni i
rozejrzała się. Grubego królika tym razem nie wzięła ze sobą.
- No, nie - jęknęła Luisa.
str 48
- Halo! - powiedziała dziewczynka.
- Jak się tu, u diabła, dostałaś? - spytała Luisa.
Poszłam za nim - odparła dziewczynka, wskazując na pana Mechatego.
No i super - podsumowała Luisa.
Ku jej wielkiemu zaskoczeniu Aik skinął na dziewczynkę, żeby usiadła bliżej ogniska.
Tu jest cieplej - odezwał się. - Jak ci na imię?
- Mandy - odparła dziewczynka. - Mieszkałam dotychczas we Frankfurcie. To bardzo daleko
stąd.
Wiem, gdzie jest Frankfurt - wtrącił Lukas. - Moja matka była tam kiedys. Przysłała mi
widokówkę z wieloma wysokimi domami.
Luisa zauważyła błogi uśmiech Mandy.
- Mam na imię Lukas - dodał chłopiec. - Jak dorosnę, zostanę rybakiem, jak mój ojciec. On
łowi te wszystkie ryby, które potem wędzi tata Luisy. Lubisz wędzone ryby?
Mandy potrząsnęła głową.
- W ogóle nie jadam ryb. Ryby są obrzydliwe.
- No i macie! - zawołała Luisa. - Nie wspina się na drzewa, a ryby uważa za obrzydliwe...
- Może we Frankfurcie są jakieś inne ryby - wtrącił szybko Aik. - Tutaj ryby nie są
obrzydliwe.
- Może i nie są - zgodziła się Mandy.
Luisa klepnęła się w czoło.
- Czy wyście wszyscy powariowali? Tak czy owak, ona nie ma tu nic do roboty. Niech idzie
do domu. Jest nas troje i nie potrzebujemy nikogo więcej. Niech się bawi ze swoim
królikiem.
- Daj spokój, Luisa - powiedział Aik. - Nie jesteś przecież naszym szefem.
Lukas wodził zdumionym spojrzeniem po twarzach zebranych. Młodszy o rok od Luisy, a na
pewno o trzy lata słabszy i mniejszy, robił dotąd zawsze to, co proponowali Aik i Luisa.
Teraz tamci mieli różne zdania i dlatego poczuł się bardzo niepewnie.
str 49
- Właściwie to chciałam wam coś powiedzieć - wyjaśniła Mandy. - No więc, ja nie znam się
na łodziach, we Frankfurcie nie ma łodzi. Ale tutaj, w porcie, jakaś tódź leży na
brzuchu i...
- Łodzie nie leżą na brzuchu - sprostowała Luisa.
- Daj jej skończyć - powiedział Aik.
- Więc co jest z tą łodzią? - zaciekawił się Lukas.
- La-la-lalala! - zaśpiewała Lenka, patrząc na swoje stopy, i rzuciła w górę garstkę
ziemi.
- Hau! - szczeknął pan Mechaty, który pomagał Lence w wykopywaniu dołka.
Na tej łodzi jest wywieszka z napisem: Do wzięcia od zaraz! - zacytowała Mandy.
- I ja pomyslałam, że może właśnie my potrzebujemy tej łodzi.
- My? - powtórzyła Luisa i spojrzała n a nią zdziwiona.
Tłumaczenie: Izabella Korsak