×
Na podwórku
Luc Besson
str 249
Drzwi od garażu otwierają się ciężko, jak wrota jakiegoś zamku lub most zwodzony, i za
każdym
razem Artur
potrzebuje kilku sekund, aby ochłonąć po tym wysiłku. Teraz też odpoczywa chwilę, po
czym
przyklęka i
wyprowadza swojego bolida. Osiemset koni w karoserii trzycentymetrowej długości.
Wystarczy tu
odrobina
wyobraźni, a Arturowi nigdy jej nie brakowało. Kładzie rękę na samochodzie i delikatnie
go
popycha,
dodając do tego całą serię odgłosów powarkiwania, pobrzękiwania i wszelkich innych
ryków,
godnych stajni
ferrari.
Artur użycza głosu dwóm kierowcom siedzącym w aucie i szefowi, który ich pilotuje.
Panowie, czekam na szczegółowy raport o stanie światowej sieci nawadniania - mówi przez
głośnik.
Oczywiście, szefie! - odpowiada chłopiec, wcielając się w rolę kierowcy.
Uważajcie na ten nowy samochód, ma superosiągi - ostrzega głośnik.
OK, szefie! Wszystko będzie w porządku - zapewnia kierowca i ruszając z parkingu, ginie
w trawie
porastającej ogród.
str 250
Babcia otwiera drzwi biodrem. Dźwiga cebrzyk pełen ociekającej wodą bielizny, który jak
najszybciej chce
donieść w głąb ogrodu, gdzie rozwieszone s ą sznury.
rtur popycha delikatnie samochodzik, który zjeżdża w dół rowem wykopanym w ziemi i
powraca wzdłuż
imponującej instalacji nawadniającej.
Tu patrol do centrali. Wszystko w porządku, jak do tej pory - melduje kierowca.
Jednak wypowiada te słowa za wcześnie. Samochód dojeżdża bowiem do olbrzymiej piłki
tenisowej
(zupełnie
nowej), która tarasuje przejazd.
- O mój Boże! Przed nami...! Katastrofa!
- Co się stało? Patrol, odbiór! - rozkazuje zaniepokojony szef, nie widząc ze swojego
biura, co
się
dzieje.
- Lawina! Nie, to nie lawina! To pułapka! To równinny yeti!
Alfred przywiera nosem do pilki i jak szalony macha ogonem.
Centrala do patrolu. Uwaga na jego ogon, to niebezpieczna broń! - uprzedza głośnik.
Szef się nie martwi. Obiekt wydaje się spokojny. Proszę przysłać dźwig, odblokujemy
drogę.
Wkrótce ręka Artura przekształca się w ramię żurawia, słychać odgłosy jego pracy.
Wysięgnik
Artura chwilę
manewruje, w końcu z powodzeniem chwyta pitkę.
Wyrzut! - krzyczy kierowca.
Ramię Artura rozluźnia się i odrzuca piłkę najdalej, jak to możliwe. Oczywiście yeti
puszcza się
w pogoń
za nią.
Droga wolna i pozbyliśmy się yeti! - obwieszcza dumnie kierowca.
- Dobra robota! - przyznaje głośnik. - Proszę kontynuować patrolowanie.
ymczasem babcia w dalszym ciągu wykonuje swoją pracę. Przechodzi do drugiego sznura, aby
rozwiesić
prześcieradła.
eradla. Z daleka widać na szczytach wzgórz niewielkie obłoki kurzu, znak, że jedzie jakiś
samochód. Nie
jest to pora ani na listonosza, ani na mleczarza.
Kogo znów niesie? - niepokoi się babcia.
rtur nadal patroluje okolicę, gdy wydarza się nowa tragedia.
str 251
Yeti wraca. Staje okrakiem nad rowem melioracyjnym, z piłką w pysku, gotów ją wypuścić w
każdej
chwili.
W samochodzie panika.
O Boże! Jesteśmy zgubieni! - krzyczy pilot.
Nigdy! - wrzeszczy kierowca głosem Artura, który mu go użyczył na tę dramatyczną
okoliczność.
Artur szybko nakręca sprężynkę napędzającą silnik.
Yeti wypuszcza swoją bombę.
Niech się pan pospieszy, kapitanie - błaga pilot - albo obaj zginiemy!
Kula toczy się po obrzeżach rowu. Można by powiedzieć, że to scena z Indiany
Jonesa w
miniaturze.
Artur stawia w końcu auto na ziemi, w kierunku zapewniającym ucieczkę.
Banzai! - wykrzykuje, choć to japońskie zawolanie nie za bardzo pasuje do sytuacji.
Auto podskakuje do przodu gnane podmuchem toczącej się kuli. Bolid pruje przez kanion
niczym
myśliwiec.
Kierowca nie może się nadziwić. Auto wyprzedza kulę, lecz tak się nieszczęśliwie składa,
że rów
się
kończy, co zdaje się stanowić przeszkodę nie do pokonani
Koniec z nami! - pochlipuje pilot.
Proszę się mocno trzymać! - rzuca odważny kierowca Artur.
Auto staje tuż przed ścianą rowu i podjeżdża prawie pionowo do góry, unosi się w
powietrzu i
spada na
ziemię, wykonując serię obrotów. Zatrzymuje się. Był to nadzwyczajny wyczyn kaskaderski,
całkiem
perfekcyjnie przeprowadzony.
Artur jest dumny niczym paw, który sądzi, że wymyslił koło.
Swietna robota, kapitanie - mówi wykończony pilot.
To pryszcz, mój maleńki! - odpowiada Artur tonem doświadczonego szofera.
Fragment książki Artur i Minimki, tłumaczenie: Anna Stanowska