×
Zielony pies
Melania Kapelusz
Był wczesny ranek. Wszyscy jeszcze spali.
Jedynie ptaki wesoło świergotały na gałęzi,
ciesząc się, że nie muszą uciekać przed Rudzielem. Wtedy na podwórku pojawił się Zielony
Pies.
Wróble, które jak wiadomo są bezczelne
i nie mają szacunku dla innych,
natychmiast do niego podleciały.
Zaczęły ryczeć ze śmiechu niczym gawrony. Śpiew im już zupełnie nie wychodził,
chichrały się jak najęte,
zagłuszając pozostałe ptaki.
– Widzieliście? Jest zielony,
kompletnie zielony!
– Jak ogórek!
– Albo brukselka!
– Jak arbuz!
– Co to jest arbuz?
– Takie coś, nie wiesz?
Hałasy zbudziły mieszkańców podwórka.
Zwierzęta wychodziły z kryjówek,
przecierały oczy i zastygały bez ruchu
na widok Zielonego Psa.
Koty starały się nie wchodzić psom w drogę.
Ale czy Zielony Pies jest psem?
Nikt nie był do końca pewien. Nie szczekał, nie gonił za nimi, nie warczał. Choć nikomu
nie
przeszkadzał
i nikogo nie zaczepiał, nagle z końca podwórka nadleciała wielka puszka po sardynkach
i świsnęła w powietrzu tuż obok jego głowy.
– To na pewno rzucił ten nicpoń Rudzielec! –
krzyknęła Szara. – Uspokój się natychmiast, cuglinie!
– Jak możesz się tak zachowywać, łobuzie?! –
oburzył się Dachowiec.
– I to w stosunku do gościa!
Przepraszamy bardzo –
zwrócił się do psa
w imieniu pozostałych kotów.
Zielony Pies jakby nie słyszał tego,
co mówili. Wolno odwrócił się
i zaczął dreptać w drugą stronę.
– Halo! – zawołała Szara.
– Czy mogłabym cię o coś zapytać?
Zielony Pies przystanął.
Rozejrzał się naokoło,
jakby nie dowierzając,
że chodzi o niego.
– Do mnie mówisz? –
zapytał cicho.
str 223
– Tak, tak, do ciebie –
Szara zrobiła dwa kroki
w kierunku gościa. – Co cię do nas sprowadza?
– Tak tylko spacerowałem,
ale oczywiście zaraz sobie pójdę.
Pewnie wam przeszkadzam…
– Ależ skąd! – przerwał Dachowiec.
– Ależ skąd – zamruczały koty,
które początkowo obserwowały wszystko z daleka,
a teraz pozłaziły się z różnych zakamarków.
– Zostań, jak długo zechcesz.
– Naprawdę? –
Zielony Pies prawie się uśmiechnął.
– To miłe z waszej strony.
– Tylko czy nie martwią się o ciebie pozostałe…
no… te… zielone psy? –
pisnęła Mała Kitka. – Zielona żona i zielone szczenięta?
– Nie – przybysz pokręcił głową. – Nie mam rodziny.
– Ojej, jaka szkoda – zmartwiła się Kitka. – Musisz być bardzo samotny.
Pies
wzruszył
ramionami.
– To przez tę sierść – rzucił Dachowiec i wyprężył grzbiet.
– Pewnie tak – miauknęły cicho koty.
– Nie martw się – powiedziała wesoło Szara. – Zaraz coś wymyślimy!
– Nie bardzo rozumiem – zdziwił się Zielony Pies.
– Szara ma rację – tłumaczył Dachowiec. – Na pewno uda nam się pozbyć tego okropnego
koloru.
– Świetny pomysł! – zamruczały pozostałe koty. – Zróbmy coś z tym zielonym, jest taki
dziwaczny.
Oryginał, który zawsze chodził własnymi drogami,
prychnął.
– Też pomysł, żeby przemalować psa. – Zielony jest tak samo dobry jak każdy inny.
Koty uśmiechnęły się z politowaniem.
- Oj, Oryginał, Oryginał, jak ty coś wymiślisz!
Oryginał nic już nie mówiąc zaczął przyglądać się
poczynaniom reszty.
Koty, nie zwlekając ani chwili, przystąpiły do sporządzania mikstur
mających przywrócić psu właściwy kolor. Wszystkim kierowała Szara,
która najlepiej znała się na sierści. Najpierw zmieszano papkę z błota oraz piasku,
starannie ją nałożono i zmyto.
Niestety nie przyniosło to spodziewanych rezultatów.
Przyrządzono więc balsam z kory drzewa,
warto dokładnie w psa wetrzeć,
ale ten nie zmienił się ani na jotę. W końcu Pręgowana przyniosła tajemniczy eliksir
schowany na czarną godzinę.
Postanowiła jednak użyć go w godzinie zielonej,
która bez dwóch zdań właśnie nadeszła. Skropiono gościa całą flaszeczką cudownego płynu
i czekano.
Minęło pięć minut, dziesięć.
Minęło piętnaście, nawet pół godziny –
i nic. Nic się nie zmieniło.
Koty załamywały łapy.
str 224
Oryginał wciąż siedział na płocie i z tej wygodnej pozycji przypatrywał się
niepowodzeniom.
– Gdybyś się choć trochę postarał –
miauknęła na psa zmęczona Szara –
pewnie by się udało.
Ale ty chyba chcesz być zielony!
– Jak możesz tak mówić? –
wtrącił oburzony Dachowiec.
– Nikt przecież nie chce być zielony!
– Masz rację, przepraszam – powiedziała Szara.
– Zdenerwowałam się, bo nie wiem, co robić.
Wszystkie metody zawiodły.
– Właśnie, co robić? – miauknęły koty.
– A ty? – Dachowiec zwrócił się do psa.
– Co o tym myślisz?
– Nic – odpowiedział pies.
– Jak to nic? –
zdziwiły się koty.
– Po prostu nic – odpowiedział pies.
– Nie martwisz się?
– Nie.
– Nie przeszkadza ci bycie zielonym?
– Mój kolor przeszkadza innym –
Zielony Pies spuścił ze smutkiem głowę –
nie mnie.
– Innym? –
zdziwiła się Szara.
– Ja bym nie wyszła z domu
w tym stanie,
ale… ale zupełnie nie robi mi różnicy,
że ktoś jest… no wiecie…
no… zielony…
– Tak, tak –
Dachowiec pokiwał głową –
mnie to też zupełnie…
ani trochę mi to nie…
naprawdę nie przeszkadza.
– Nie ma żadnego problemu –
mruczały koty.
– Czerwony może by był niestosowny,
niebieski jakiś smutny,
ale zielony jest całkiem… całkiem…
– Widzisz –
Oryginał zeskoczył z płotu
wprost pod nogi Zielonego Psa –
oni są przekonani,
że doskonale rozumieją innych.
A jacy są otwarci! – Tak przynajmniej im się wydaje.
– Bo tak jest –
zamruczały koty.
– Możesz u nas zostać,
Zielony Psie.
Będzie bardzo, bardzo zielono…
to znaczy miło.
– A czy mógłbym przyprowadzić
mojego przyjaciela?
– Oczywiście –
zgodziły się koty.
– Czy on też jest zielony? –
pisnęła Mała Kitka.
– Nie –
odpowiedział pies.
– On jest zupełnie zwyczajny,
bury.
Chociaż…
ma pstro w głowie.
– To tak jak większość mieszkańców
tego podwórka –
mruknął Oryginał
i poszedł w sobie tylko
wiadomym kierunku.
Opowiadanie z książki Koty, czyli historie z pewnego
podwórka, Bajka
2009