🎧 Слушай главу
Nie możesz wyobrazić sobie, kochanie, jak bardzo jestem rada, że cię znowu spotykam - rzekła Księżna, opierając się przyjaźnie na ramieniu Alicji. - Chodź, przejdziemy się trochę razem.
Alicja była mile zaskoczona dobrym humorem Księżny i pomyślała, że jej dzikie zachowanie się w kuchni musiało być spowodowane nadmierną ilością pieprzu w atmosferze.
"Gdybym ja była Księżną - myślała dalej (choć bez większego przekonania) - nie trzymałabym w ogóle pieprzu w kuchni. Zupa może się świetnie obejść bez pieprzu, a kto wie, czy to nie on właśnie robi z ludzi dzikusów". Alicja była wyraźnie dumna z wynalezionej przez siebie nowej teorii, rozwijała ją więc w dalszym ciągu: "Ocet czyni ludzi kwaśnymi, rumianek - gorzkimi, a dzięki cukierkom dzieci stają się słodkie.
Chciałabym, żeby dorośli ludzie wiedzieli o tym; może nie byliby wtedy tacy skąpi i..."
Rozmyślając Alicja zapomniała całkiem o księżnej i zdziwiła się, gdy usłyszała nagle jej głos tuż przy swoim uchu.
- Myślisz pewnie o czymś, drogie dziecko, i dlatego się nie odzywasz. Nie umiem ci teraz powiedzieć, jaki stąd płynie morał, ale za chwilę na pewno sobie przypomnę.
- Może nie ma morału - rzekła Alicja nieśmiało.
- Nie, nie, moje dziecko - odparła Księżna. - Każda rzecz ma swój morał. Trzeba go tylko umieć znaleźć.
To mówiąc przysunęła się jeszcze bliżej do Alicji, która nie odczuwała z tego powodu specjalnego zachwytu. Po pierwsze dlatego, że Księżna była strasznie brzydka, po drugie - ponieważ była akurat takiego wzrostu, że opierała się o ramię Alicji podbródkiem, podbródek zaś miała okropnie ostry. Alicja jednak znosiła to bez szemrania, nie chcąc okazać się nieuprzejmą.
- Gra robi się coraz bardziej interesująca - odezwała się, aby podtrzymać rozmowę.
- Niewątpliwie - odrzekła Księżna. - A stąd płynie morał, że "na pochyłe drzewo każda koza skacze".
- Gdyby nie skakała - rzekła Alicja, aby coś powiedzieć - toby nóżki nie złamała.
- To prawda - rzekła Księżna - masz zupełną rację. Po czym dźgając Alicję jeszcze mocniej swym podbródkiem dodała: - A stąd wynika morał, że "przyszła koza do woza".
Alicja pomyślała sobie, że Księżna musi mieć bzika na punkcie morałów.
- Dziwisz się zapewnie, że nie obejmuję cię za szyję - rzekła po chwili Księżna - ale prawdę mówiąc nie jestem pewna łagodnego usposobienia twego flaminga. Czy chcesz, żebym spróbowała?
- On chyba gryzie - odpowiedziała szybko Alicja, której nie zależało na tej pieszczocie.
- Oczywiście, flamingi i musztarda gryzą. A stąd płynie morał, że "lepszy wróbel w ręku niż dzięcioł na sęku".
- Tylko że musztarda nie jest ptakiem - zauważyła Alicja.
- Racja, jak zwykle racja - zgodziła się szybko Księżna. - Masz wyjątkowo jasny sposób wyrażania swych myśli.
- Zdaje się, że to jest minerał - rzekła niepewnie Alicja.
- Z całą pewnością. Niedaleko stąd w lesie znajdują się wielkie kopalnie musztardy. A z tego wynika morał, że "im dalej w las, tym więcej drzew".
- Wiem, już wiem! - wykrzyknęła Alicja, nie zwracając uwagi na ostatnie słowa Księżny. - Musztarda jest jarzyną! Nie wygląda na to, ale jest.
- Zgadzam się z tobą w zupełności, a stąd płynie morał, że "oszczędnością i pracą ludzie się bogacą". Mogę wytłumaczyć ci to przystępnie: ludzie, którzy nie są skłonni oddawać się lenistwu i uważają za stosowne nie hołdować zbytniej rozrzutności, byliby niewątpliwie ubożsi, względnie nie byliby tak zamożni, gdyby nie przyświecała im stale i niezmiennie dewiza stosowania się do wyżej wyszczególnionych zasad.
- Pojęłabym to lepiej - rzekła Alicja - gdyby zapisała mi to pani na parteczce. W przeciwnym razie...
- To jeszcze nic - przerwała Księżna głosem, w którym przebijała próżność - nic wobec tego, co mogłabym powiedzieć, gdybym zadała sobie trud.
- Naprawdę niech pani nie zadaje sobie trudu...
- Och, nie może być mowy o trudzie. Robię ci prezent ze wszystkiego, co dotychczas powiedziałam.
Alicja pomyślała, że jest to raczej tani rodzaj prezentu. "Zadowolona jestem, że nie dają takich prezentów na urodziny". - Nie śmiała jednak powiedzieć tego głośno.
- Znów rozmyślasz? - zapytała Księżna, po czym nastąpiło nowe dźgnięcie podbródkiem.
- Mam chyba prawo coś myśleć - odparła ostro Alicja, którą zaczynała już nużyć ta rozmowa.
- Dokładnie takie samo prawo, jakie mają prosiaki do fruwania. Stąd zaś płynie mo...
Nagle, ku wielkiemu zdumieniu Alicji, głos Księżny zamarł w połowie jej ulubionego słowa "morał", ręce zatrzęsły się ze strachu. Alicja podniosła wzrok i ujrzała Królową, która stała przed nimi w groźnej pozie ciskając wzrokiem gromy.
- Mamy dziś piękną pogodę - rzekła Księżna słabiutkim drżącym głosem.
- Ostrzegam cię po raz ostatni - wrzasnęła Królowa marszcząc brwi i tupiąc nogami - że albo pobawisz mnie natychmiast swego widoku, albo ja pozbawię cię głowy! Wybieraj jedno z dwojga!
Księżna nie zastanawiała się długo nad wyborem i umknęła, aż się kurzyło.
- Gramy dalej - rzekła Królowa do przerażonej Alicji, po czym udały się na plac krokietowy. Widząc ją z daleka, wszyscy rzucili się do swych flamingów i jeży. Tym razem przerwa ta uszła im płazem, chociaż usłyszeli od Królowej, że chwilę zwłoki w rozpoczęciu gry przypłaciliby życiem. Przez cały czas Królowa kłóciła się bez przerwy ze wszystkimi graczami, wykrzykując: "Ściąć go!" albo "Ściąć ją!". Skazanych na ścięcie żołnierze odprowadzali do twierdzy. W ten sposób po upływie pół godziny zabrakło bramek i wszyscy gracze, z wyjątkiem Króla, Królowej i Alicji, znajdowali się w lochu, gdzie czekali na egzekucję. Wtedy Królowa, straszliwie już zmęczona, przerwała grę i zapytała:
- Czy widziałaś już Niby Żółwia?
- Nie, nie widziałam - odparła Alicja - i nawet nigdy o nim nie słyszałam.
- Z tego stwora robi się pyszną zieloną zupę, która naśladuje zupę żółwiową. Nazywamy go dlatego Niby Żółwiem.
- Ciekawa jestem, jak takie zwierzę wygląda - westchnęła Alicja.
- Chodź, przedstawię ci go, a przy okazji usłyszysz jego historię.
Oddalając się z Królową Alicja usłyszała, jak Król mówi półgłosem do całego towarzystwa:
- Jesteście ułaskawieni.
"Bardzo mnie to cieszy" - pomyślała Alicja, przygnębiona potworną liczbą egzekucji zarządzonych przez Królową.
Idąc natknęły się wnet na Smoka drzemiącego w słońcu (jeśli nie wiecie, jak taki Smok wygląda, spójrzcie, proszę, na obrazek).
- Wstawaj, leniu - zawołała Królowa - i zaprowadź tę panienkę do Nigdy Żółwia! Niech jej opowie swoją historię. Ja muszę już wracać, aby dopilnować egzekucji. - Po tych słowach Królowa oddaliła się, pozostawiając Alicję sam na sam ze Smokiem. Alicji niezbyt odpowiadał widok straszydła, niemniej jednak czuła się z nim bezpieczniej niż w towarzystwie Królowej. Czekała więc, co dalej nastąpi.
Tymczasem Smok usiadł i zaczął przecierać sobie łapami oczy. Potem popatrzył na Królową, póki nie znikła mu z oczu. Zachichotał wtedy i rzekł na wpół do siebie, na wpół do Alicji:
- Świetny kawał, co?
- Jaki kawał? - zapytała Alicja.
- No, ona i jej pomysły. Bo musisz wiedzieć, że to wszystko bujda. Nikt nie został tu jeszcze ścięty. Ale chodź prędzej.
"Każdy tu mówi "chodź tu", "idź tam" - pomyślała Alicja idąc ze Smokiem. - Jeszcze nigdy w życiu nie nasłuchałam się tylu rozkazów, co tutaj".
Wkrótce ujrzeli Niby Żółwia siedzącego samotnie na małym występie skalnym w pozie pełnej żałości i bólu. Gdy podzeszli bliżej, do uszu Alicji doszły rozpaczliwe szlochy i narzekania. Trudno było nie współczuć tak wielkiej niedoli. Alicja zapytała Smoka:
- Co mu się właściwie stało?
Na to Smok odpowiedział w znany już sposób:
- To wszystko bujda, on nie ma najmniejszego powodu do smutku. Chodź prędzej.
Zbliżyli się więc do Niby Żółwia, który podniósł na nich w milczeniu swe wielkie oczy pełne łez.
- Ta oto panienka - rzekł Smok - chciałaby usłyszeć twoją historię.
- Opowiem jej - rzekł Niby Żółw ponurym, jakby wydobywającym się z beczki głosem. - Słuchajcie oboje i nie odzywajcie się, dopóki nie skończę.
Zapanowała parominutowa cisza. Alicja pomyślała w duchu: "Nie wiem, jak on może kiedykolwiek skończyć, skoro wcale nie zaczyna". Czekała jednak cierpliwie.
- Kiedyś - rzekł wreszcie Niby Żółw z głębokim westchnieniem - kiedyś byłem prawdziwym żółwiem. - Po tych słowach nastąpiła znowu cisza przerywana jedynie wydawanymi przez Smoka odgłosami: "hrzkrr" i stałym, żałosnym łkaniem Niby Żółwia. Alicja miała już niemal zamiar podnieść się i powiedzieć: "Dziękuję panu za niezmiernie interesujące opowiadanie". Czuła jednak, że dalszy ciąg musi nastąpić i siedziała w milczeniu.
- Kiedy byliśmy mali - odezwał się na koniec Niby Żółw spokojnym już głosem, przerywanym tylko od czasu do czasu cichym łkaniem - kiedy byliśmy mali, chodziłem do morskiej szkoły. Nauczycielem naszym był pewien stary, bezzębny Rekin, którego nazywaliśmy Piłą.
– Dlaczego nazywaliście go Piłą, skoro był Rekinem, a w dodatku nie miał zębów? – zapytała Alicja.
– Ponieważ piłował nas wciąż w czasie lekcji – odparł ze zniecierpliwieniem Niby Żółw. – Twoje pytanie nie świadczy doprawdy o zbyt wielkim rozsądku.
– Wstydź się zadawać podobne głupie pytania – dodał Smok, po czym obaj przez dłuższą chwilę wpatrywali się milcząco w Alicję, która najchętniej zapadłaby się pod ziemię.
Na koniec Smok zaskrzeczał:
– Jedź dalej, drogi przyjacielu. Dajmy pokój tej sprawie.
Niby Żółw zgodził się podjąć swoje opowiadanie.
– Tak więc chodziliśmy do szkoły morskiej, choć wydaje ci się to nieprawdopodobieństwem.
– Wcale mi się nie wydaje – przerwała Alicja.
– A właśnie że tak.
– Milcz! – rzekł Smok, zanim jeszcze Alicja zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
– Otrzymaliśmy świetle wykształcenie – ciągnął Niby Żółw. – Chodziliśmy do szkoły codziennie i…
– Wielka mi rzecz – przerwała znowu Alicja – ja także chodziłam do szkoły codziennie. Czym tu się chwalić?
–A czy miałaś przedmioty nie obowiązujące? – z pewnym niepokojem zapytał Niby Żółw.
– Oczywiście, że miałam: francuski i muzykę.
– A mycie?
– Rzecz prosta, że nie.
– No to nie chodziłaś do prawdziwie dobrej szkoły – rzekł Niby Żółw z widoczną ulgą. – Na blankietach naszej szkoły było napisane: przedmioty nie obowiązujące: francuski, muzyka i mycie.
– Nie widzę potrzeby mycia – stwierdziła Alicja. – Przecież mieszkaliście w morzu.
– O, dla mnie to było i tak zbyt trudne – westchnął Niby Żółw. program obowiązujący.
– A jakie mieliście przedmioty? – zapytała Alicja.
– No, oczywiście przede wszystkim: zgrzytanie i zwisanie. („Czytanie i pisanie” – pomyślała Alicja). Ponadto cztery działania arytmetyczne: podawanie, obejmowanie, mrożenie i gdzielenie.
– Nigdy nie słyszałam o gdzieleniu – odezwała się nieśmiało Alicja. – Co to za przedmiot.
Smok podniósł przednie łapy i przybrał pozę wyrażającą bezgraniczne zdumienie.
– Nigdy nie słyszałaś o gdzieleniu? A co mówi nauczyciel, gdy część uczniów nie zdążyła zrobić na czas klasówki?
– Nie wiem.
– Nauczyciel pyta wówczas: „A gdzie lenie, którzy nie oddali jeszcze zeszytów?” to jest właśnie ten przedmiot. Jeśli tego nie rozumiesz, no to wybacz…
Alicja wolała nie wdawać się w dłuższą rozmowę na ten temat i zwróciła się do Niby Żółwia:
– A czego jeszcze uczyliście się w szkole?
– No więc była zimnostyka, były chroboty zręczne – rzekł Niby Żółw wyliczając przedmioty na płetwach – oraz frasunki z uwzględnieniem falowania kolejnego. („Rysunki z uwzględnieniem malowania olejnego” – pomyślała Alicja).
– Tak jest, mój druhu – zgodził się Smok, ciężko wzdychając, po czym obaj siedzieli przez chwilę ze zwieszonymi głowami.
– A czy mieliście często wypracowania? – zapytała Alicja, pragnąc jak najszybciej zmienić temat rozmowy, nasuwający obu zwierzakom tak bolesne wspomnienia.
– I owszem. Mieliśmy wyprasowania domowe mniej więcej raz na tydzień – odrzekł Smok.
– A czasem nawet dwa – dodał Niby Żółw.
– A jak było u was z ćwiczeniami?
– O, świetnie, znakomicie. Zapewniam cię, że ćwiczeń nam nie brakło. Byliśmy ćwiczeni przy każdej okazji – odparł dumnie Niby Żółw.
– I to jeszcze jak często – dodał Smok. – Ale dosyć o tym. Opowiedz jej lepiej o naszych zabawach.